zakwas sklerotyczny

postanowiłam upiec chleb, bez pomocy maszyny, bez dodawania drożdży. poszukałam w internecie, poszperałam i znalazłam przepis do wypróbowania zawierający element całkowicie obcy w postaci zakwasu żytniego. rozpoczęłam poszukiwania metody jego zrobienia/wyhodowania. przeczytałam trzy różne propozycje. przy drugiej stwierdziłam, że jestem idiotką, która nie rozumie słowa pisanego. na szczęście nie byłam jedyną, która tak o sobie myślała, stwierdziłam czytając komentarze na jednym z blogów. a potem przypomniało mi się, że mieszkam przy dwóch piekarniach. wyeliminowałam ulubioną piekarnię bytomian, bo to czym oni się zachwycają jest dla mnie podejrzanie nadmuchane, że o smaku nie wspomnę… poszłam do drugiej. poprosiłam o trochę zakwasu. cokolwiek pomyślała sprzedawczyni, to nie dała tego po sobie poznać i przyniosła mi „woreczek” o pojemności reklamówki, zakwasu.
w tym czasie stwierdziłam, że nie mam portmonetki. i za nic nie mogłam sobie przypomnieć co z nią mogłam dzień wcześniej zrobić. pamiętałam zakupy w markecie. ale wg mnie zabrałam ją stamtąd. nie mam też w zwyczaju wkładać jej do reklamówki. koniec końców, zostawiłam dziecko w piekarni, a sama wróciłam do domu. po 5 minutach poszukiwań zaczęłam się godzić z jej utratą. miałam już wrócić po dziecko i wziąć na krechę, gdy zerknęłam na wieszak, gdzie wisiał sobie spokojnie plecak, który wzięłam dzień wcześniej, żeby mieć wolne ręce do noszenia teczki. a w środku leżała spokojnie portmonetka…

wyrabianie chleba

fot. chriss szkurlatowski; 12frames.eu



Zerknij tutaj rónież:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.